• Wpisów: 54
  • Średnio co: 4 dni
  • Ostatni wpis: 148 dni temu, 01:15
  • Licznik odwiedzin: 7 004 / 226 dni
 
workthisbody
 
Heeej!

Dawno mnie tu nie było. Właściwie od nowego roku, prawda?

Pewnego dnia po prysznicu stanęłam przed lustrem. Podobałam się sobie. Twarz szczupła, z wystającymi kościami policzkowymi, brzuch wcale nie aż tak zalany, widoczne obojczyki. A później spojrzałam na umywalkę, w której była kupka włosów, zwróciłam uwagę na posmak wymiotów w ustach i nie. To nie tak miało wyglądać.

Miałam być jednostką, której 1000 kalorii nie zaszkodzi. Miałam wyjść z niskich bilansów bez tycia. Mówiłam, że zachowam umiar. Nieprawda.

Przez ostatnie dni szukałam balansu. Złotego środka, który pozwoli mi zachować jakiekolwiek pozory zdrowego podejścia do jedzenia. Jadłam za mało, próbowałam RT4, jadlam tyle ile chciałam, liczyłam kalorie, ograniczałam je. Te eksperymenty zdały się jednak na nic, ponieważ jeśli już próbowałam jeść mało - głodziłam się. Jeśli próbowałam zachować zdrowy rozsądek - rzucałam się na jedzenie. Jeśli chciałam trzymać się określonych zasad - Nie miałam wystarczająco siły.
Wprawdzie nie przytyłam za dużo. Może kilogram, dwa, większość to woda, a musicie wiedzieć, że jestem totalnie zalana. Zalana pod każdym możliwym względem. Wyglądam jak bombka, chodzę wiecznie wzdęta ale i głodna. Jest mi źle, czuję się usatysfakcjonowana psychicznie, ale jest mi źle i nie potrafię nad sobą zapanować.

Mimo to kim bym była, jeśli poddałabym się? Chyba nie takie numery ze mną. Muszę próbować. I nawet jeśli potknę się jeszcze milion razy, to muszę spróbować stanąć na nogi po raz kolejny. Wracam na pingera (ku radości pewnego anonima, który życzył mi natarczywie przytycia oraz grubego dnia. Księżycu, twoje Słoneczko wróciło, możesz znów mieć nadzieję, że zalśnisz, czerpiąc trochę mojego blasku) z planem zmiany sylwetki.

Cel: zaprzyjaźnienie się z jedzeniem, utrzymanie 52 kg, ewentualnie schudnięcie do 50 kg

Motywacja: w połowie lutego mam wyjazd i chciałabym się na nim czuć ładnie.

Mini zasady:

1. jeść 4 posiłki dziennie, do 1500 kcal;

- od rana starać się jeść w miarę możliwości na surowo (przynajmniej 3 razy w tygodniu. kocham na rano jeść ciepły posiłek, więc musicie mi wybaczyć)

- unikać chleba (wiem, że mój chlebek dyniowy, to nic złego, jednak ostatnio jem go hurtowo, musze przystopować!!!)

- jeść do syta (nie przejadać się)

- na kolację wybierać surowe (z tego co czytałam nie powinno jeść się surowego po gotowanym, ale ja czuję się o niebo lepiej, jedząc miskę owoców na wieczór, niż woreczek ryżu, oops)

2. dokumentować postępy

- codzienny screen posiłków z SHYE

- wliczane wszystkiego w fitatu

- ważenie tylko co tydzień w soboty (!!!!)

3. Próbować pić wodę (jestem super-słabiak)

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki. Potrzebuję trochę wiary w siebie, bo ciężko mi w ogóle sobie wyobrazić, że znajdę złoty środek. Czuję się zła, zagubiona i bezużyteczna, a jedzenie nie powinno przecież aż tak na mnie wpływać. Życzę wam milej nocy i dobrego weekendu! x
e98fc472-fd49-4572-b3c7-74c014e93f5d.jpg

Nie możesz dodać komentarza.

 
  •  
     
    Może być tak kochana że dalej będziesz się czuła nadeta jak bańka i wtedy proponuję Ci żebyś zrobiła sobie dzień oczyszczenia - same koktajle warzywne lub owocowe , po takim dniu organizm powinien oczyścić się i wrócić do rytmu :)
    Jestem z Toba i wiem że Ci się uda ale nie popadaj ze skrajności w skrajność !
    Trzymam kciuki kochana! :*